profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users blogi
Znajdujesz się w Start arrow Blogi arrow Home, sweet home.
25.04.2017.



blogger » szkocica
www » edinburgh.com.pl/blog/szkocica

Szkocim okiem

Gdy życie głaszcze nas pod włos, trzeba umieć odwócić kota ogonem, aby wyjść na swoje.


Dodane przez: szkocica, Komentarzy: 6, 07.03.2010

Przylot do Glasgow. Potem podróż pociągiem do Aberdeen. Pożeraliśmy oczyma tę Szkocję przez okna pociągu.  Wśród widoków nie zabrakło oczywiście owiec i wrzosowisk. Później, już na wschodniej części wyspy, morze.
W pociągu uderzył mnie porządek i kultura podróżnych. Także to, że bagaże pozostawia się w specjalnej wnęce, z dala od miejscówki i nie trzeba się martwić, że ktoś je ukradnie.
Na dworcu w Aberdeen czekali już na nas Dee i Mirek gotowi zapakować nasz dobytek do samochodu Dee. Choć ilość bagażu nieco ich przeraziła.
Dee wciąż ze śmiechem wspomina ten dzień, kiedy oczekując na nasz przyjazd wypatrywała nas niecierpliwie, ciekawa poznać mnie i dzieci. Jedyne jednak co mogła dojrzeć na peronie to wózek bagażowy z walizkami ułożonymi w stos tak wysoki, że ledwie wystawał spoza niego czubek głowy Marcina.

Dee była  Area Supervisorem w firmie cleaner'skiej, dla której teraz pracował Marcin. Firma dotrzymała obietnicy danej w ofercie pracy i Marcin był teraz supervisorem stworzonego przez siebie od podstaw polskiego teamu cleanerów. Pracowali na wieczornej zmianie w jednym z biurowców i wszyscy podlegali pod Dee.
Mirek, przyjaciel Marcina jeszcze z podstawówki, też pracował w tym teamie. Kilka miesięcy temu dołączył z synem do Agnieszki. W ich rodzinie, to ona przyjechała tu pierwsza, a potem pomogła w ciężkich początkach Marcinowi.

Wsród uścisków i powitań, Dee z Mirkiem nie omieszkali ze śmiechem donieść o ostatnich wydarzeniach w pracy. Podczas urlopu Marcina, w biurowcu miał miejsce incydent z alarmem przeciwpożarowym, podczas którego wypłynęły typowo polskie cechy. Podczas przerwy śniadaniowej, czyli tzw. tea time, nagle rozwył się alarm przeciwpożarowy. Zgodnie z instrukcjami w takim przypadku, jak wiadomo, należy bezwłocznie opuścić obiekt. Co uczynili wszyscy, za wyjatkiem polskich cleaner'ów. Ochroniarz, poszukujący ich w całym budynku, zastał ich wszystkich skupionych pod czujnikiem przeciwpożarowym. Z kanapkami w dłoniach i natchnioną myślą w oczach próbowali uciszyć źródło hałasu poszturchując je agresywnie dłonią uzbrojoną w mop.
Pożaru rzeczywiście nie było, ale długo jeszcze był to numer jeden w rankingu wpadek staff'u. Tu na wyspach z Health and Safety nie ma żarów.

Jakimś sposobem wszystkie torby upchnięte zostały w bagażniku. Mirek wrócił do pracy, bo biurowiec znajdował się kilka kroków od dworca. Dee zawiozła nas do domu. Właściwie to my zawieźliśmy ją do jej domu, gdzie pożyczyła nam samochód służbowy, karty na prąd i gaz. Nie bardzo to wszystko rozumiałam.

Nasze mieszkanie! Ten nieszczęsny przedpokój, na którego wytapetowanie nie starczyło czasu trochę zepsuł pierwsze wrażenie. I te dechy na podłodze! Szare, bure, brudne. Takie dechy, ale czyste i pomalowane farbą, widziałam dotąd tylko u koleżanki, na wsi. Zapach stęchlizny równiez odpychał. Marcin się tu jeszcze nie wprowadził. Stwiedził, że bez nas byłoby mu tu smutno. Poza tym do pracy miał bliżej z tamtego mieszkania. Jutro przywiezie swoje rzeczy.
Dalej wyglądało to już znacznie lepiej. Tapety, wykładziny, trochę mebli.
Za to prysznic w łazience, to podobno rarytas, poszczęściło się nam.

Pojechaliśmy kupić prąd i gaz. Wciąż wydawało mi się to dziwne. Potem supermarket i podstawowe produkty spożywcze. Cukier, sól, mleko, chleb, płatki, olej, masło.... Wszystko było potrzebne, przecież nic nie mieliśmy, a dzięki samochodowi Dee byliśmy w stanie to wszystko dowieźć do domu. Tylko wędlin i przetworów mlecznych mało, bo lodówki jeszcze nie było. Za tydzień ma być. 

Korzystając z samochodu Marcin zrobił nam rundkę po mieście. Tu mieszkałem, tu pracuję.... I po naszym osiedlu. Tu szkoła dla dzieci, a tu plac zabaw. Wyglądało to wszystko bardzo zachęcająco. Zwłaszcza place zabaw dla dzieci tak gęsto rozsiane po osiedlach robiły dobre wrażenie. W naszym miasteczku w Polsce "dwa na krzyż" place musiały wystarczyć na całe miasto. Pewnie dzięki tym placom z przeróżnymi konstrukcjami do wspinaczki te szkockie dzieci takie jakby zwinniejsze od naszych.

Po kolacji mieszkanie już pachniało domem.  Łóżka pościelone. Dzieci zasnęły w locie. To był długi dzień. Wszystko co posiadaliśmy w naszym nowym domu pochodziło z drugiej ręki. Mimo to było to więcej niż posiadaliśmy w kraju.
Czy dlatego, że byliśmy nieudacznikami, jak tłumaczył nam Pan Prezydent?