profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users blogi
Znajdujesz się w Start arrow Blogi arrow Witaj szkoło!
22.07.2017.



blogger » szkocica
www » edinburgh.com.pl/blog/szkocica

Szkocim okiem

Gdy życie głaszcze nas pod włos, trzeba umieć odwócić kota ogonem, aby wyjść na swoje.


Dodane przez: szkocica, Komentarzy: 2, 14.03.2010

Wakacje się skończyły. Dziwnie tak jakoś, bo w połowie sierpnia.
Za to zajęcia w szkole odbywają się co dzień od 9am do 3pm. Dzieci i rodzice nie muszą przejmować się planem lekcji, bo wszelkie pomoce naukowe zapewnia szkoła. Odpada więc problem pakowania do tornistra książek odpowiednich na następny dzień. Godziny szkolne pozwalają też na podjęcie jakiegoś konkretnego zatrudnienia.  
W Polsce pracowałam od 7.00 do 15.00. Marcin wyjechał do Szkocji tuż przed pójściem Huberta do pierwszej klasy. Musiałam więc angażować dziadków, aby odbierali Huberta ze szkoły. Wszyscy mieli kopie planu lekcji na swoich lodówkach, żeby wiadomo było, o której pójść po wnuka. Julkę sama odbierałam z przedszkola. Chyba, że akurat Hubert kończył później, to szli z dziadkami po Julcię, bo przedszkole było zaraz obok.

Teraz prowadzałam dzieci do szkoły. Sprzątałam mieszkanie. Robiłam śniadanka i obiady. Normalana kura domowa. Na początku nawet mnie to kręciło. Nigdy wcześniej nie byłam tak udomowiona. Może za wyjątkiem  urlopów macierzyńskich, ale wtedy byłam urobiona po uszy.
Jedyną osłodą tego przymusowego urlopu był Marcin. "Gdy nie ma dzieci w domu to jesteśmy niegrzeczni".
Poza tym czekałam na ofertę pracy. Nie szukałam. Nie miałam złudzeń. Wiedziałam, że potrzeba czasu, aby mój angielski pozwalał mi ubiegać się o inną pracę. Na początek chciałam zaczepić się jako cleaner w firmie Marcina. Co prawda nie mieli wiele kontraktów na rano, ale kilka było i jak tylko coś będzie to Dee da znać.

Póki co zawierałam znajomości z Matkami Polkami na boisku szkolnym. Zarówno Julia jak i Hubert mieli po jednym koledze z Polski w klasie. Uważałam, że to dobrze. Przynajmniej na starcie, zanim przyswoją angielski nie będą osamotnieni. Po kilku miesiącach trochę zmieniłam pogląd na ten temat. Dzieci polskie, pomimo szybkich postępów w nauce języka, trzymały się razem. Zauważyłam jednak, że integracja choć powolna odbywa się mimo wszystko. Dobrze, o to przecież chodzi.
Byłam jedyną wśród poznanych mam, która mówiła choć trochę po angielsku. Wciąż musiałam odpowiadać na pytania - Co to tam było w tym liście ze szkoły?
 - przecież ja te listy ze słownikiem czytałam. Przez pierwszy rok, potem już nie musiałam. One sobie nie zadawały takiego trudu, a po roku już syn, czy córka, przeczytali.
Te mamy, bez znajomości języka, nie były w stanie pomóc swoim dzieciom w nauce. Pamiętam, że przez pierwsze miesiące to w zasadzie ja odrabiałam lekcje.
Sprawdzaliśmy zadane słówka w słowniku. Potem dzieci wymyślały zdanie po polsku, a ja tłumaczyłam - modyfikując złożoność zdania do poziomu swojego angielskiego. Po czym dzieci zapisywały zdania w zeszycie literka po literce, pod moje dyktando. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pamiętam jak z radością usłyszałam protest Huberta pewnego wieczoru:
- Nie mów mi, nie mów! Ja wiem jak to się pisze.
Polskie mamy za to z upodobaniem krytykowały szkocki system szkolnictwa. Narzekały, że dzieci nie mają poważnych zadań domowych. Od swoich dzieci wiedziałam, że nauczyciele dostosowują trudność zadań do umiejętności uczniów. Skoro więc dzieci pozbawione pomocy dorosłych nie były w stanie napisać tych kilku zdań, to co można im zadać, tylko kolorowanki. 
Denerwowały mnie stwierdzenia w stylu:
- Nasze dzieci mają wyższy poziom wiedzy i dlatego chodzą tu, w Szkocji, o dwie klasy wyżej. Mój syn w Polsce chodził do drugiej klasy, a tu poszedł od razu do czwartej.
No bzdura totalna! Te kobiety nie mają elementarnej wiedzy o systemie edukacyjnym kraju, w którym zdecydowały się żyć.
- Ile lat ma pani syn? - zapytałam.
- Osiem.
- A koledzy w jego klasie?
- Osiem.
- Więc, gdzie tu różnica poziomów? - pytam - Przecież chodzi z równieśnikami, a że numeracja klas inna to już zupełnie inna historia. W Polsce obowiązek szkolnictwa rozpoczyna się w wieku lat sześciu, od klasy zero. W Szkocji rodzice mają obowiązek posłać dzieci do szkoły w wieku lat pięciu i wtedy zaczyna się numeracja klas. Skoro więc pięcioletnie dziecko idzie do klasy pierwszej, to w wieku lat ośmiu będzie w czwartej. Logiczne nie?
- No niby tak, ale ten poziom nauki i tak niższy niż u nas. Tak mało od nich wymagają.
- No tu po części się zgodzę, choć mam mieszane uczucia w tej kwestii. Fakt, z nas próbowano zrobić omnibusów, z różnym skutkiem. Chociaż już dziś nie pamiętam tych wszystkich dat i bitew, to mam chociaż ogólne pojęcie o historii państwa i świata. Z geografii byłam beztalencie i tak mi już zostało. Ogólne pojęcie mam, od szczegółów miałam Marcina. Geografia to jego konik. Matematyka i chemia - byłam najlepsza w klasie, dziś już nic nie pamietam z równań syntezy chemicznej czy logarytmów. Wydaje mi się, że szkolnicto szkockie jest bardziej nastawione na wiedzę praktyczną. Dzieci  uczy się rzeczy podstawowych, przydatnych w życiu. Ale nie tylko. Na tematy Starożytnego Egiptu czy buddyzmu dzieci dowiedziały się w szkole bardzo dużo. Sposób przekazywania wiedzy jest łatwo przyswajalny. Nauczyciele używają szerokiego wchlaża dostępnych środków przekazu. W miarę możliwości zaprasza się gości do szkoły. Pamiętam jak dzieci przyniosły swoje imiona wypisane hieroglifami. Pomagając Julii znaleźć materiały w internecie na temat mumifikacji czy Hubertowi znaczenie podstawowych pojęć buddyzmu sama się sporo nauczyłam.
Przy czym sama nauka odbywa się bezstresowo. Bez kartkówek, sprawdzianów, testów. Owszem są zaliczenia, dzięki którym dzieci przechodzą na kolejne poziomy, ale nikt nie zostaje "siedzieć", nie ma "spadochroniarzy", a tym samym nie ma "obciachu", czyli stresu. Nauczyciel pracuje z uczniem i podsuwa mu test na zaliczenie level'u gdy uzna, ze uczeń jest na to gotowy.
Jedyną konsekwencją nieodrobienia zadania domowego jest konieczność zostania i zrobienia tego w klasie, podczas długiej przerwy. Nie ma straszaka w postaci jedynki, czy dwói, jak za moich czasów. Mimo to dzieciaki odrabiają lekcje codziennie.  
Oczywiście takie bezstresowe nauczanie i wychowanie ma swoje minusy. W Szkocji przerażający procent dzieci kończy naukę na Secondary School. Moje dzieci już wiedzą, że pójdą do college'u lub na university. Jest szansa, że czegoś się jednak nauczą. Niezależnie od poziomu szkolnictwa w Polsce czy w Szkocji, wiele zależy od wychowania, a to wciąż odbywa się w domu.