profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users blogi
Znajdujesz się w Start arrow Blogi arrow Mój dom, to te szare ulice.....
25.04.2017.



blogger » szkocica
www » edinburgh.com.pl/blog/szkocica

Szkocim okiem

Gdy życie głaszcze nas pod włos, trzeba umieć odwócić kota ogonem, aby wyjść na swoje.


Dodane przez: szkocica, Komentarzy: 5, 12.03.2010

Dawno nie byliśmy tak szczęśliwi. Nareszcie razem, po rocznej rozłące. Nareszcie wolni.
Od zmartwień.
... że rachunek za telefon to chyba jednak w przyszłym miesiącu zapłacimy...,
... że książki trzeba kupić synowi do szkoły...,
...
że te lekarstwa co lekarz córce na grypę przepisał, te same na które dopiero co wydałam 50 zł, uczulają i trzeba kupić nowe...,
... że w "celulozie" znów zwolnienia grupowe...,
... że liczniki z kaloryferów przyjdą spisywać i ciekawe jaka wyjdzie niedopłata, a może nadpłata, bo jednak w kuchni całą
 zimę zakręcone były...
Wolni od polskiej zgryzoty.

Po nacieszeniu się nami przez pierwszych kilka dni, Marcin wrócił do pracy, wypełniając sumiennie rolę jedynego żywiciela rodziny. Pracował wtedy sporo godzin. Nie pamiętam już dokładne, ale chodził na kilka godzin rano, a potem na nocki. Kończył o drugiej nad ranem, czyli właściwie w środku nocy. W Szkocji taka zmiana nazywa się back shift - już nie popołudniówka, ale jeszcze nie nocka.
Mnie pozostała rola housewife. Przynajmniej do końca wakacji.  
Wbrew moim obawom, lato roku 2006 było w Szkocji wyjątkowo pogodne. Temperatury wachały się w granicach 20-25°C. Lato jak w Polsce w latach 80-tych, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o dziurze ozonowej i położenie geograficzne w strefie umiarkowanej odzwierciedlało rzeczywistość.

Dużo wędrowałam wtedy z dziećmi po okolicznych parkach, zapuszczając się dalej i dalej explorując naszą dzielnię. Jak się raz okazało było to zajęcie bardzo ryzykowne. Szczególnie dla kobiety bez orientacji w terenie. Aberdeen, szczycące się mianem Granitowego Miasta, posiada niewątpliwie swój urok. Jednak ta jednolitość zabudowy i kolorytu pozbawia nowicjusza, wyruszającego na podbój miasta, możliwości odróżnienia jednej dzielnicy od drugiej. 

Podczas jednej z naszych wypraw, za azymut służył nam czubek wieży telewizyjnej, górującej nad naszą okolicą. Celem wyprawy był sklep spożywczy, odwiedzany niemal codziennie. Tym razem postanowiłam jednak pójść inną drogą i obejrzeć sobie z bliska budynek szkoły, widziany dotąd tylko z perspektywy samochodu. Wlekąc się noga za nogą, oglądalismy sobie z dziećmi ceramiczne krasnoludki, ptaszki i żabki w ogródkach przydomowych oraz zaparkowane na podjazdach samochody. Przy czym ozdoby ogrodowe przykuwały uwagę córki, a pojazdy fascynowały syna.
Niestety nigdzie nie widać było tego sklepu. Po prawie dwugodzinnym spacerze, kiedy miało się już ku wieczorowi, a wieża telewizyjna wciąż robiła jakieś uniki zdecydowałam się na telefon do przyjaciela. Marcin odebral telefon w pracy, całym sercem gotów pomóc nam odnaleźć droge do domu. Ale jak tu pomóc, kiedy na pytanie - Gdzie jesteś? - pada odpowiedź - Nie wiem.
Nazwa ulicy, jakiegoś terrace czy crescent też mu nic nie mówiła.
Całe szczęście, że dzieci pamiętały jakie autka i figurki po drodze mijaliśmy i odprowadziły mnie do domu, całą i zdrową.
Kiedy obudziłam się rano,
na poduszcze obok mnie leżał plan miasta Aberdeen.
Wynikało z niego, że sklep obeszlismy wielkim łukiem, a spanikowałam kiedy już bylismy prawie pod domem. Ale Marcin już mi nie ufał i nie pozwalał oddalać się od domu nawet z mapą. Twierdził, że patrzę na mapę do góry nogami. Nie moja wina, że nasz dom jest w północnej części miasta, a centra handlowe są w centrum, czyli od nas na południe.

Wieczorami, kiedy dzieci już spały zamieniałam się w Boba Budowniczego i malowałam, tapetowałam, kładłam linolea, upinalam firanki i zasłonki. Pomału. Bez szaleństwa. Nie na wszystko jeszcze są pieniądze. Mamy czas. Potem siadałam zadowolona, podziwiałam swoje dzieło i wysyłałam mms-y Marcinowi. Niespodzianka!!!

Do moich obowiązków należala też robota papierkowa. Wypełniałam wnioski o child benefit i child tax credit. Dee wciąż powtarzała, że płacimy podatki i składki na ubezpieczenie jak wszyscy inni, to i benefity nam się należą. Racja i nie ma czego się wstydzić. Przecież dlatego tu przyjechaliśmy. Jest tu praca za godziwe pieniądze i opieka socjalna państwa na wysokim poziomie. Złożyłam też wniosek o zwrot podatku nadpłaconego przez Marcina w poprzednim roku. Z pomocą Dee zapisałam nas do przychodni lekarskiej.
Na spotkanie w szkole, żeby zapisać dzieci, udaliśmy się razem. Marcin lepiej ode mnie mówił po angielsku. Ja wciąż miałam "blokadę" przed mówieniem i nie zawsze rozumiałam twardy, aberdoński akcent.

Weekendy spędzalismy rodzinnie. Sporadycznie odwiedzając spore grono znajomych Marcina z okresu "zanim żona przyjechała". W tym wczesno-początkowym okresie nie ciągnęło nas wcale do ludzi. Mieliśmy zaległości w rodzinnym życiu do nadrobienia. Dobrze nam było ze sobą.
Bardzo szybko Marcin dostał z firmy samochód służbowy i w każdy weekend robiliśmy sobie wycieczki bliższe i dalsze. Pochłanialiśmy Szkocję wszystkimi zmysłami. Ciesząc oczy pięknymi krajobrazami, zachwycając się dzwiękiem dudów, wdychając zapach morza, smakując whisky i dotykając kamieni w ruinach zamku poznawaliśmy nasz nowy dom.