profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users blogi
Znajdujesz się w Start arrow Blogi arrow Postanowiłam umrzeć
22.06.2017.




Dodane przez: femmefatale, Komentarzy: 1, 22.12.2013

Postanowiłam umrzeć. Po sześciu latach rozważań wszelkich za i przeciw. Ostatecznie. Postanowiłam. Wzbijam się.


a jeśli podążać będę w dół

wąską ścieżką

w stronę obłędu

 

nie zatrzymuj mnie

 

jeśli staczać się będę

z anturium czerwonym

we włosach

upadać w satynową otchłań

trumny

 

nie wołaj mojego imienia


*


Siedziałam przy ostatnim stoliku, w kącie, a on po prostu się przysiadł. Odsunął na bok ozdobny, biały wazon z fiołkami, by głębiej wniknąć w moje oczy, wpatrzone w kieliszek z winem. Powłóczyście podniosłam wzrok.Przede mną siedział postawny mężczyzna, brunet, o niezwykłych, błękitnych oczach. Ubrany był na czarno, a w rękach trzymał wysoki cylinder. Kiedy się poruszył, otulił mnie mocny zapach perfum z nutką piżma. Poczułam błogą senność. Rozejrzałam się za moimi przyjaciółmi, ale byli zajęci tańcem. Nieznajomy przedstawił się jako Iluzjonista. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym, od rzeczy. Noc była późna, ale ciepła. Przystojny mężczyzna zaproponował mi spacer. Moi towarzysze zajęli się sobą i raczej nie mieli zamiaru po mnie wracać. Nie zastanawiałam się długo. Wyszliśmy.


Niebo było pochmurne. Księżyc wychylał się z ażurowych koronek powietrza, rzucając blade światło na popękane płyty chodnikowe. Drogę obsypywały cienie, tańczące na murach kamienic. Przy świetle latarni wirowały ćmy. Ich walc zniżał stopniowo swój lot, zamykając przestrzeń powietrza zduszonego tuż przed burzą. Idąc przez park, chwyciłam mojego towarzysza pod ramię. Świerszcze milkły, składając swoje skrzypce przed deszczem i chowając je do malutkich futerałów, gdzieś w trawie. Teraz wiatr rozpoczynał swój koncert, gwiżdżąc między koronami drzew. Zrywał z chmur pierwsze burzowe krople. Przyspieszyliśmy kroku.


Przemoczeni do suchej nitki wpadliśmy do mojego mieszkania. Staliśmy chwile, milcząc.

– Pójdę już…

– Tak – choć nie chciałam, żeby szedł – Czekaj, dam ci parasol.

Planowałam się odwrócić, by poszukać go w szafie, ale Iluzjonista impulsywnie oparł mnie o ścianę i niemal wciskając w nią, wdzierał się w moje usta. Całował namiętnie, błądząc dłońmi w moich lokach, wysypujących się powoli z wysokiego upięcia. Na zmianę lizał moje wargi i badał je palcami, jakby sprawdzając, czy są realne. Kciukiem rozmazał moją szminkę, starł ją. Czerwień spłynęła kącikiem, opuszczając wiążące ją kontury. Ten pocałunek był jak kałamarz, roztrzaskujący się na podłodze: atrament rozlał się, płynąc coraz dalej i dalej, i nic nie było w stanie zatrzymać go przed dotarciem do najskrytszych zakamarków duszy. Sukienka spłynęła w dół. Mężczyzna niedbale i szybko rozplątywał wiązania mojego gorsetu. Nie był delikatny, szarpał moim wątłym ciałem przy każdym pociągnięciu wstążki. W końcu zdarł, uciskający moje żebra, skrawek materiału i rzucił go w kąt. Odpięłam pończochy, które zsunęły się lekko, zatrzymując na wysokości kolan. Chwilę później stałam przed nim całkiem naga.


Rzucił mnie na łóżko. Całował bardzo gwałtownie, ściskając moje piersi w niemal szaleńczym rytmie. Podniecenie wzbierało we mnie, nękając coraz to nowe strefy ciała i umysłu. Iluzjonista roztaczał wokół siebie aurę, która wymuszała na mnie bezwzględne posłuszeństwo.

Jedną pończochę zawiązał mi na szyi, niczym olbrzymią kokardę.

– Teraz będziesz moim kotem. – powiedział, zrzucając mnie na podłogę. Sunęłam przez pokój na kolanach, urzekająco wyginając grzbiet, wypinając się przed nim, wspinałam się dłońmi po jego nagim ciele. Lizałam go, przesiąkając cała jego smakiem. Klęczałam przed nim. Szpicruta, trzymana tuż nad moim karkiem, drżała w jego dłoni. Okładał nią moje plecy raz za razem. W końcu podniósł mnie i ułożył w pościeli. Wszedł we mnie natarczywie. Uderzał mocno i brutalnie, nie raz sprawiając mi ból. Ból tak rozkoszny, że niemal wsiąkłam w poduszki, wijąc się pod nim. Niemal spłynęłam na podłogę wraz z kołdrą, tańczącą pod nami. Odchylając głowę mocno w tył, chciałam by miał mnie całą, a on znów zatapiał język w moich ustach, zaciskając dłonie na mojej szyi. Powietrze wydawało się tak odległe. Przestrzeń sypialni była jakby zupełnie wypełniona zapachem jego perfum, potu i czegoś jeszcze… Jakby krwi, słodkiej, lekko metalicznej. Jeszcze nie… Choć drapałam go do krwi, jego plecy ociekały czerwienią. Zwolnił uścisk, ale ja chciałam jeszcze. Ta bliskość utraty świadomości dawała mi rozkosz. Brak powietrza zabierał równowagę, wszystko wirowało.


Klęczałam na podłodze z nadgarstkami przywiązanymi starannie do stołu, który stał za mną. To iluzja:  świece zgasły, a świat tracił swe barwy i odcienie. Tylko czerń. Czerń i ból rozmieszane w standardowych proporcjach. Czerń i krew, spływająca po policzkach. Zielone tęczówki wylewające się z oczodołów pod naciskiem srebrnego szpikulca w jego dłoni. Drugą przytrzymywał moją brodę. Czułam jak patrzył na mnie. Jego wzrok był jak promień słońca – ciepły, przewiercający się do wnętrza. Ciepły, jak czerwień na mojej twarzy, spływający wraz z nią w dół, kapiący na piersi. Ciepły, jak policzek, wymierzony mi zaraz potem. Zwiesiłam głowę. Uniósł ją na nowo, głaskając moje włosy. A ja wciąż chciałam więcej jego uzależniających pieszczot. Uzależniającego, powolnego zabijania mnie, gdy wypełniał moje usta, tłumiąc jęki, wpychając się niemal siłą, rozrywał delikatne płatki warg. Dał mi chwilę, lecz wrócił za moment z ciężkim pasem od spodni. Chłostał mnie nim od żeber, aż po obojczyki. Uderzone miejsca natychmiast podbiegały krwią, tworząc ciepłe, różowe paski na mojej skórze. Wycinane później zimnym ostrzem w ażurowe wzory, linie, coś jakby słowa, jakby zaklęcia, runy, błyszczące jasnym światłem czerwieni, krople, wydostające się powoli na powierzchnię. Spazmy bólu szarpały moim ciałem, niczym wygłodniałe kruki, wbijając swoje dzioby głęboko pod skórę, wyrywając kawałki mięsa z niedoszłej jeszcze padliny. Jednak mój kochanek nie przestawał mnie ranić. W pewnym momencie dotknął lekko mojego policzka, unosząc twarz w swoją stronę.

– Otwórz usta – szepnął, kładąc mi w ustach chłodne ostrze, brudne w lepkiej posoce. – Liż go – mówił, ciągnąc nożem po moim języku. Kaleczył go i spijał tą krew w kolejnych, namiętnych pocałunkach. Połykał ją łapczywie, upuszczając narzędzie na ziemię, po czym rozwiązał mi ręce. Rzucił się na mnie, wciskając się mocno do środka, zmuszając mnie do krzyku, przygniatał moje pośladki do szorstkich desek. Trzymał pod sobą wijące się, krwawiące ciało. W kilku szybkich ruchach skończył, wypełniając mnie po brzegi i odszedł bez słowa, zostawiając na podłodze. Leżałam, widząc jedynie czerń, która pochłaniała wszystko wokół. Wyciągnęłam ręce w górę, przed siebie, zaciskając palce w ciepłym futrze tej ciemności, chcąc się czegoś chwycić, znaleźć jakiś punkt, który pomógłby mi odgadnąć miejsce położenia. Na próżno.


Nagle poczułam na sobie gładkie dłonie Iluzjonisty. Mężczyzna wziął mnie na ręce, by po chwili ułożyć moje obolałe ciało na dnie drażniąco lodowatej wanny. Zimna woda kapała coraz mocniej na moje stopy, płynęła po nich, przykrywając mnie coraz szczelniej i głębiej, dając ulgę. Iluzjonista masował mi ramiona. Muskał delikatnie drżące obojczyki, całując kark. Dotykiem spływał coraz niżej i niżej, od ramion w dół, przez łokcie, aż do nadgarstków, umęczonych po silnych, wiążących je linach. Przez chwilę dokładnie badał palcami moje żyły, naciskając je ostrożnie, po czym czystym cięciem, prostopadłym do wnętrza dłoni, kolejno przerwał ich ciągłość. Poddałam mu się. Świadomość ulatywała ze mnie, wyciekała wraz z bólem i krwią zabarwiającą chłodną wodę na brudny, rdzawy kolor, coraz bardziej intensywny.


Śmierć miała zapach dławiących, męskich perfum, na bazie piżma. Tylko czerń i ból, opadające powoli jak płatki palonej w ogniu róży. Zimno i trzask drzwi. Powolne wirowanie w tańcu, falbany sukni, przylegające lekko do nagiego ciała, uciskające je fiszbiny. Jeszcze tylko… Ach, Kochany… Byłeś najlepszy. Najlepszy! Jeszcze tylko… Zimno i drżenie powietrza. Ktoś tu był i wyszedł. Ktoś…


Ktoś… Ja sama.