profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users blogi
Znajdujesz się w Start arrow Blogi arrow Zbyt piękne....
29.05.2017.



blogger » szkocica
www » edinburgh.com.pl/blog/szkocica

Szkocim okiem

Gdy życie głaszcze nas pod włos, trzeba umieć odwócić kota ogonem, aby wyjść na swoje.


Dodane przez: szkocica, Komentarzy: 0, 12.04.2010

Sielanka trwała. Rozwijaliśmy się zawodowo, jeśli tak można określić karierę sprzątacza.
Marcin stał się "prawą ręką" Dee. Rekrutował nowych pracowników. Firma rozrastała się w oszałamiającym tempie. Dzięki sile roboczej jaką stanowili emigranci, głównie Polacy, firma była w stanie obsłużyc więcej klientów niż kiedykolwiek wcześniej.
-
Kiedyś szef płacił bonusy za wprowadzenie nowego pracownika do firmy. Teraz zaprzestano tego, ze względu na skalę zatrudnienia - wyjawiła Dee pewnego dnia.
- Szkoda. Mielibyśmy już pewnie willę z basenem - żartował Marcin.
Zatrudniał i szkolił nowych pracowników. 
 Tłumaczył. Jego telefon dzwonił bez przerwy. Nawet w weekendy, co czasem było irytujące. Zwłaszcza, kiedy po drugiej stronie słychać było odgłosy odbywającej się właśnie imprezy, a podpity głos w słuchawce mówił - Dostałem numer od znajomego, bo ja szukam pracy...

Jakimś cudem nauczyłam się w końcu jeździć samochodem po lewej stronie jezdni. Przywykłam do zmiany biegów lewą ręką i moja prawica przestała gmerać w okolicach klamki grożąc otwarciem drzwi w trakcie jazdy. Przestałam nawet ścinać ronda, a słupki sygnalizacji świetlnej, którymi tutejsze skrzyżowania naszpikowane są niczym półmisek koreczków wykałaczkami, stały się nieco bardziej czytelne.
Ta nowa umiejętność otworzyła przede mną drzwi do nowych kontraktów w firmie. Znalazłam sobie współpracowniczkę, imienniczkę, i stworzyłyśmy "brygadę lotną". Sprzątałyśmy mieszkania. Mieszkania wynajmowane były z agencji przez firmy olejowe dla swoich pracowników, którzy przyjeżdżali na terminowe kontrakty z całego świata. Czyli znów olejówka.  I znów nie było z kim pogadać po angielsku. Chyba, że lokator akurat zaspał i nie życzył sobie dziś sprzątania.
Czasem się zdarzyło, że ktoś przebywał w lokalu. Nie lubiłyśmy takich wypadków. Wejść do sypialni, pościelić łóżko, czy nie? Ryzyk-fizyk.
-
Ty idź, sprawdź!
- Sama sprawdź, ja idę "robić" kuchnię, ha! ha!
Z tym okresem mojej kariery cleaner'skiej związana jest zabawna historia. W jednym z "naszych" mieszkań zastałyśmy kiedyś obywatela, któregoś z krajów arabskich.
Pan ten, umiejętnie ignorował naszą obecność. Pół siedział, pół leżał na sofie w living room, z nogami na stoliku kawowym, i przerzucał kanały w TV. 
I my również starałyśmy się nie zwracać na siebie uwagi, jak na cleaner'a - profesjonalistę przystało. Problemem był jednak ten nieszczęsny stolik kawowy, ze szklanym blatem brudnym jak ta święta ziemia, jak zwykła mawiać moja babcia.
Rozdarta pomiędzy poczuciem obowiązku i poczuciem własnej godności, podeszłam to tego stolika. Facet odgadując moje intencje zabrał nawet swoje kończyny. Nie chcąc zasłaniać mu programu w telewizji, który oglądał z takim zainteresowaniem, uklękłam.
- Skąd jesteście? - zapytał nagle.
- Z Polski.
- Byłem kiedyś w Polsce. Pracowałem tam w Karakuł?
 
"Karakuł? Boże o czym on do mnie mówi? Owce pasał w Polsce, czy co?" Myślałam w popłochu, wytężając zwoje mózgowe.
- Karakow? - spróbował jeszcze raz widząc panikę w moich oczach.
- A w Krakowie. No tak, piekne miasto.
Skończyłam czyścić ten piekielny stolik i mogłyśmy z koleżanka opuścić lokal.
- O skubany, już myślałam, że nie zabierze tych kulasów ze stolika - podśmiewywała się ze mnie koleżanka.
- A zwróciłaś uwagę, że zagadał do mnie dopiero kiedy uklękłam?
- Aha, rzeczywiście.
- Dopiero kiedy "zajęłam należne kobiecie miejsce", raczył do mnie przemówić. Cholera jasna! 

Wkrótce dorzucili nam jeszcze kilka drobnych zakładów do sprzątania. Niewielkie punkty usługowe. Jednego dnia pojechałyśmy w nowe miejsce. Świeżo wybudowna siedziba firmy wypożyczającej sprzęt budowlany. "Ładnie tu, pomyślałam. Fajnie byłoby tu pracować. To dwa kroki ode mnie."
Dwa miesiące później dostałam tam pracę jako młodszy koordynator sprzedaży. Nareszcie!
Wszystko układało się po mojej myśli. Zaczęliśmy z Marcinem planować wakacje. Kupiliśmy bilety lotnicze do Polski. Stęskniliśmy się trochę za rodziną, ale najbardziej za przyjaciółmi. I za słońcem!

Ni stąd, ni zowąd Marcin zaczął uskarżac się na ból pleców.
- Chyba mnie grypa rozbiera. - stwierdził i nafaszerował się witaminą C oraz "antygrypeksami".
- To chyba jednak korzonki - uznał po kilku dniach. Kup mi jakieś maści rozgrzewające albo plastry, jak będziesz w sklepie.
Plastry ani maści nie pomagały. Ból był coraz silniejszy i sprawił, że Marcin udał się w końcu po poradę do GP. Wizyta zakończyła się wypisaniem recepty na paracetamol, nieco silniejszy od tego, który można kupić w supermarkietach. Po kilku kolejnych wizytach Marcin wymógł na lekarzu skierowanie na fizjoterapię. I tyle. 
Któregoś dnia ból był tak silny, że zawiozłam go do szpitala na A&E. Zrobili prześwietlenie.
- Marcinie, masz złamane biodro. Czy miałeś ostatnio jakiś wypadek?
- Nie.
- Chcielibyśmy cię zatrzymać w szpitalu. Porobić badania.
- Dobrze, zostanę.

Przez dwa tygodnie robili mu bez przerwy jakieś badania. Pytania, wywiady. Odwiedzałam go z dziećmi codziennie.
Pewnego popołudnia usiedliśmy na ławce przed szpitalem. Dzieci goniły się w kółko.
- Podejrzewają u mnie raka kości - powiedział.
Zabolało. Naprawdę poczułam fizyczny bół. Coś zacisnęło się na moim sercu,  żołądku... Nagły skórcz wszystkiego.
- Co ty mówisz? - zapytałam półprzytomnie.
Spojrzałam mu w oczy. Były smutne i przerażone.
- Przyjrzyj mi się. Wczoraj wieczorem mi powiedzieli. Zauważyłaś, że osiwiałem?
Rzeczywiście. Skronie przyprószyły mu się siwizną. Więc to prawda. Można osiwieć w ciągu jednej nocy. Nie mogłam myśleć jasno. Mój mózg bronił się przed przyjęciem tej strasznej wiadomości, nasuwając mi jakieś niedorzeczne myśli, skojarzenia.
- Ale przecież ta diagnoza, to jeszcze nie wyrok! Będą cię leczyć!?
- Najpierw biopsja, a potem zobaczymy.
- Będzie dobrze. Musi być. Przyjechaliśmy tu żyć, nie umierać! Kochanie..... Będzie dobrze...