profil poczta Grupy, Spo┬│eczno┬Â├Ž forum galeria users blogi
Znajdujesz siŕ w Start arrow Blogi arrow cz├¬┬Â├Ž 4 - Na sabat!
21.01.2018.



blogger » Kaprikorn
www » edinburgh.com.pl/blog/Kaprikorn

Pie┬Â├▒ koz┬│a

...czyli przer├│┬┐ne refleksje, obserwacje, marudzenia i oko┬│oliterackie wprawki, inspirowane pobytem w Edynburgu.


Dodane przez: Kaprikorn, Komentarzy: 45, 13.04.2010

Wewnêtrzny, kaprikornowy mini konkurs z niejasnymi zasadami i w±tpliw± nagrod± - zapraszam.

W poni┬┐szym tek┬Âcie ukrytych (a w ka┬┐dym razie zamieszczonych) jest kilka aluzji literackich i filmowych. Najskuteczniejszy czytelnik-deszyfrator owych aluzji (nale┬┐y poda├Ž nazwiska postaci, autora, tytu┬│y tekstu, filmu - cokolwiek) b├¬dzie mia┬│ (nie)w┬▒tpliwy zaszczyt zosta├Ž umieszczonym jako posta├Ž literacka w cz├¬┬Âci
5-tej historyjki o Yiffi i Kaprikornie. Wyboru najskuteczniejszego deszyfratora, wg skrajnie subiektywnych kryteriów, dokona oczywiscie autor bloga.
Cz├¬┬Â├Ž 5 uka┬┐e si├¬, jak zapewne si├¬ domy┬Âlacie - 20 kwietnia (ale nie b├¬dzie cz├¬┬Âci┬▒ ostatni┬▒). Zapraszam...

Potrzednie cz├¬┬Âci:

Cz├¬┬Â├Ž pierwsza, Cz├¬┬Â├Ž druga, Cz├¬┬Â├Ž trzecia

Ksi┬▒┬┐ka, kot i ten trzeci - cz├¬┬Â├Ž 4 - Na sabat!

Roslin, 3 pa┬╝dziernika 1846

-A wi├¬c to prawda - sta┬│ wpatruj┬▒c si├¬ w oszo┬│omieniu w ja┬Âniej┬▒ca po┬Âwiat├¬ w murze.
-Fryderyku! Na lito┬Â├Ž bosk┬▒! No chod┬╝┬┐e wreszcie, nie stój tak...
-Nast├¬pnej takiej okazji nie do┬┐yj├¬ - pomy┬Âla┬│. -Raz kozie ┬Âmier├Ž - i wkroczy┬│ w ┬Âwiat┬│o.


Prestonpans, 22 wrze┬Ânia 1745

-No zrób co┬Â, wyci┬▒gnij mnie st┬▒d! - krzykn┬▒┬│ do Yiffi. Le┬┐a┬│ przywalony stosem ludzkich szcz┬▒tków, zapl┬▒tany w odci├¬te r├¬ce i nogi, rzuca┬│ si├¬, ale te nie chcia┬│y go pu┬Âci├Ž, martwe palce zaciska┬│y si├¬ na jego r├¬kach, wpl┬▒tywa┬│y we w┬│osy. Kotka siedz┬▒c tu┬┐ obok, z przera┬┐aj┬▒cym spokojem wpatrywa┬│a mu si├¬ w oczy. Powoli przesta┬│ si├¬ miota├Ž uspokojony strumieniem jej my┬Âli. -Wysil si├¬, potrafisz.

Nadludzkim wysi┬│kiem woli Kaprikorn wydosta┬│ si├¬ z upiornego k┬│├¬bowiska ko├▒czyn i przeniós┬│ do swojego mieszkania, prosto w swój ulubiony, wielki g┬│├¬boki, fotel.
Ale dziurawy ten fotel, wy³azi z niego siano, k³uje, drapie w plecy, Yiffi wskakuje mu na kolana, siano uwiera w szyjê, Yiffi mruczy, tylko dlaczego tak siê krêci, dlaczego wbija mu pazury w ramiê, a to siano tak gryzie, pe³no go wszêdzie, Yiffi przestañ do cholery, no przestañ..!

-Obud┬╝ si├¬, obud┬╝ si├¬ musisz st┬▒d ucieka├Ž, obud┬╝ si├¬ natychmiast.

Ockn┬▒┬│ si├¬ w ko├▒cu, zakl┬▒┬│ i odsun┬▒┬│ z twarzy bezw┬│adn┬▒ r├¬k├¬ be┬│kocz┬▒cego co┬ obok przez sen sanitariusza. Stodo┬│a trz├¬s┬│a si├¬ od pijackiego chrapania dochodz┬▒cego z kilkunastu garde┬│. Kaprikorn zacz┬▒┬│ gramoli├Ž si├¬ ze stosu siana, na które pad┬│ pó┬╝no w nocy - wycie├▒czony, pijany groz┬▒, odorem krwi, og┬│uszony i otumaniony wyciem rannych, koszmarnym ciep┬│ym piwem i jeszcze koszmarniejsz┬▒ ┬┐o┬│niersk┬▒ whisky.
-Jasna cholera, ale mia┬│em sen - j├¬kn┬▒┬│ i otrz┬▒sn┬▒┬│ si├¬. -Ucieka├Ž? To nie chcesz i┬Â├Ž z nimi? Id┬▒ teraz na Edynburg...
Kotka nastroszy┬│a si├¬ tak, ┬┐e czym pr├¬dzej ruszy┬│ w stron├¬ wyj┬Âcia z obozu. By┬│o tu┬┐ przed ┬Âwitem. Nikt ich nie zatrzymywa┬│.

*
-Nawet o tym nie my┬Âl, piekli┬│a si├¬ Yiffi - ┬┐aden Edynburg, wdepniesz tam w sam ┬Ârodek jakiej┬ afery, my┬Âlisz, ┬┐e pole bitwy to miejsce dla kota? Ja ju┬┐ do┬Â├Ž widzia┬│am, ja ju┬┐ do┬Â├Ž mam takich przygód, ju┬┐ do┬Â├Ž prze┬┐y┬│am... Ale ty, je┬Âli chcesz - droga wolna, ja id├¬ do Roslin, pomieszkam u znajomych gospodarzy, a potem wracam do domu, kiedy tylko otworzy si├¬ przej┬Âcie.
-Dobrze ju┬┐ dobrze... moja do┬Âwiadczona ┬┐yciem kocico.
Prychniêcie w odpowiedzi.
-Wiesz... Ty wcale nie wygl┬▒dasz na tak┬▒ ┬┐yciow┬▒ weterank├¬ - u┬Âmiechn┬▒┬│ si├¬ - tak w┬│a┬Âciwie - przyjrza┬│  si├¬ z ukosa id┬▒cej mi├¬kkim, spr├¬┬┐ystym ruchem kotce - tak w┬│a┬Âciwie, to naprawd├¬ niez┬│a z ciebie kocica.
-Có┬┐ za b┬│yskotliwy i wyszukany komplement - znów prychn├¬┬│a, tym razem jednak, jak mu si├¬ wydawa┬│o, bez z┬│o┬Âci.
By┬│o ciep┬│o i pogodnie. Szli teraz polami, zagajnikami, brodzili przez strumienie. Yiffi wskakiwa┬│a mu wtedy na rami├¬, co zreszt┬▒ uwielbia┬│, mimo ┬┐e nieraz ma┬│o delikatnie wbija┬│a mu si├¬ przy tym pazurkami w kark. Mijali pojedyncze domostwa, z daleka obchodzili wi├¬ksze posiad┬│o┬Âci. Zawierzy┬│ ca┬│kowicie Yiffi i jej instynktowi.
Raz tylko sielankowy nastrój w├¬drówki przerwa┬│ do┬Â├Ž zaskakuj┬▒cy widok. Przy rozstaju dróg sta┬│ ogromny g┬│az, niemal ska┬│a, a przy niej okaza┬│a drewniana konstrukcja. A na niej dwóch wisielców.
-Jak w powie┬Âci - nie chcia┬│bym si├¬ obudzi├Ž w takim miejscu - wzdrygn┬▒┬│ si├¬ Kaprikorn. Odeszli stamt┬▒d bardzo szybko.
Szli dalej w milczeniu.
-Kto┬ ┬Âpiewa - pomy┬Âla┬│ nagle Kaprikorn. Przystan┬▒┬│ i zacz┬▒┬│ si├¬ ws┬│uchiwa├Ž. Zza drzew, z miejsca gdzie drog├¬ przecina┬│ kolejny strumie├▒, rzeczywi┬Âcie dolatywa┬│y d┬╝wi├¬ki piosenki. Przyjemny, m├¬ski g┬│os ┬Âpiewa┬│ melodyjnie i... weso┬│o:

By which heroic Tam was able
To note upon the haly table,
A murders's banes in gibbet-airns;
Twa span-lang, wee, unchristen'd bairns;
A thief, new-cutted frae a rape,
Wi' his last gasp his gab did gape;
Five tomahawks, wi blude red-rusted;
Five scymitars, wi' murder crusted;
A garter, which a babe had strangled;
A knife, a father's throat had mangled,
Whom his ain son o' life bereft,
The gray hairs yet stack to the heft;
Wi' mair o' horrible and awfu',
Which even to name was be unlawfu'.
Three lawyers' tongues, turn'd inside out,
Wi' lies seam'd like a beggar's clout;
Three priests' hearts, rotten, black as muck,
Lay stinking, vile in every neuk.

(Zuch Tam przy blasku ┬Âwiec tych zdo┬│a┬│
Na o┬│tarzowych dostrzec sto┬│ach
Ko┬Âci mordercy, jeszcze skute,
Dzieci niechrzczone i malutkie;
Zbój tam odci├¬ty by┬│ z powroza,
Z otwartej gêby zia³a groza;
Pi├¬├Ž siekier, krwi┬▒ czerwono-rdzawych;
Pi├¬├Ž szablisk, od morderstwa krwawych;
Podwi┬▒zka co zd┬│awi┬│a dziecko;
Nó┬┐, którym ojcu syn zdradziecko
Poder¿n±³ w³asnorêcznie gard³o;
Do jelca siwa szcze├Ž przywar┬│a;
Trzy te¿ jêzyki adwokackie
Jak ³ach zda³y siê ¿ebrackie;
Trzy ksiê¿e serca gni³y puchn±c,
A┬┐ od nich k┬▒cik ca┬│y cuchn┬▒┬│.)

-Znam to, pomy┬Âla┬│ Kaprikorn - i nagle stan┬▒┬│ jak wryty, bo u┬Âwiadomi┬│ sobie, ┬┐e ta piosenka zostanie napisana dopiero za kilkadziesi┬▒t lat. A to oznacza...
-K³opoty - mruknê³a Yiffi
-To oznacza, ┬┐e nie tylko my znamy sekret przej┬Âcia w Roslin... Zobaczmy kto to, dobrze? Je┬Âli b├¬dzie wygl┬▒da├Ž gro┬╝nie, to si├¬ szybko ulotnimy - zapewni┬│ zaniepokojon┬▒ kotk├¬.

Wcale nie wygl┬▒dali gro┬╝nie.

Ja ich sk┬▒d┬ znam - Kaprikorn my┬Âla┬│ intensywnie, próbuj┬▒c skojarzy├Ž gdzie widzia┬│ ju┬┐ tego sympatycznego jegomo┬Âcia, który przerwa┬│ w┬│a┬Ânie ┬Âpiew, skupiony na rozpalaniu fajki. Jego towarzysz pakowa┬│ plecak, wida├Ž sko├▒czyli w┬│a┬Ânie posila├Ž si├¬ podczas przerwy w w├¬drówce. Obaj mieli na sobie podró┬┐ne kraciaste marynarki, kaszkiety i nie wygl┬▒dali bynajmniej na XVIII-wiecznych d┬┐entelmenów.
-Jak b├¬dziesz tak wywrzaskiwa┬│ te potworno┬Âci mój drogi, to sprowadzisz na nas bied├¬, ju┬┐ i tak do┬Â├Ž mamy k┬│opotów przez te nieprecyzyjn┬▒ teleportacj├¬. I mam nadziej├¬, ┬┐e przypomnisz sobie w┬│a┬Âciw┬▒ ┬Âcie┬┐k├¬.
-Drogi przyjacielu nie narzekaj, zobacz jak jest pi├¬knie, lato wcale nie chce odej┬Â├Ž - odrzek┬│ weso┬│o jego towarzysz, poci┬▒gn┬▒┬│ z fajki i znów za┬Âpiewa┬│, a Kaprikorn pozna┬│ pie┬Â├▒, któr┬▒ ┬Âpiewa┬│ tajemniczy w├¬drowiec.

Ai! laurië lantar lassi súrinen!
Yéni únótimë ve rámar aldaron,
Yéni ve lintë yuldar vánier
mi oromardi lisse-miruvóreva
Andúnë pella Vardo tellumar
nu luini yassen tintilar i eleni
ómaryo airetári-lírinen.
Sí man i yulma nin enquantuva?

- Musimy i┬Â├Ž t├¬dy - wskaza┬│ nagle fajk┬▒ jedn┬▒ z krzy┬┐uj┬▒cych si├¬ ┬Âcie┬┐ek, przerywaj┬▒c pie┬Â├▒. - Je┬Âli nie mo┬┐esz sobie przypomnie├Ž drogi - kieruj si├¬ w┬│asnym nosem - roze┬Âmia┬│ si├¬ weso┬│o.

- Yiffi? Czy ty s┬│yszysz to samo co ja?
- S┬│ysz├¬ i sama nie wiem czy wol├¬ pijanych rebeliantów czy tych dwóch - mrukn├¬┬│a zrezygnowana kotka. -Teraz b├¬d┬▒ si├¬ zachwyca├Ž.
M├¬┬┐czyzna pakuj┬▒cy plecak drgn┬▒┬│ i odwróci┬│ si├¬ szybko w stron├¬ niespodziewanych go┬Âci.
-No nooo, m┬│odzie├▒cze, masz niezwyk┬│ego kota - wykrzykn┬▒┬│!
Yiffi prychnê³a.
-Czasem zastanawiam siê kto kogo ma... pan... pan j± s³yszy? - spyta³ zaskoczony Kaprikorn.
-Czy j┬▒ s┬│yszy?! - wykrzykn┬▒┬│ ten z fajk┬▒ - oczywi┬Âcie ┬┐e s┬│yszy, kto mia┬│by j┬▒ s┬│ysze├Ž je┬Âli nie on, on gada ze wszystkim co ┬┐yje i w jego ksi┬▒┬┐kach gada wszystko co ┬┐yje: lwy, bobry, wilki, ba - nawet dzieci! - roze┬Âmia┬│ si├¬ kpi┬▒co.
-Ach, znowu ta zazdro┬Â├Ž, nic nie poradz├¬ na to, ┬┐e moje ksi┬▒┬┐ki sprzedaj┬▒ si├¬ jeszcze lepiej od twoich - pogód┬╝ si├¬ z tym drogi przyjacielu - m├¬┬┐czyzna od plecaka u┬Âmiechn┬▒┬│ si├¬ szeroko.
-Rozumiem, ┬┐e idziecie ┬Âwi├¬towa├Ž do Dalkeith? Zwróci┬│ si├¬ do Yiffi, nie do Kaprikorna
-Do Dalkeith? Mieli┬Âmy przechodzi├Ž tamt├¬dy, ale... Kaprikorn spojrza┬│ na kotk├¬, ale ta przygl┬▒da┬│a si├¬ akurat bardzo uwa┬┐nie, kolorowo upierzonemu ptakowi przypominaj┬▒cemu sikork├¬, siedz┬▒cemu na nisko zwisaj┬▒cej ga┬│├¬zi zdzicza┬│ej czere┬Âni.
-A co takiego jest w Dalkeith?
Mê¿czy¼ni spojrzeli na siebie zaskoczeni.
-To ┬┐art? Nie jeste┬Âcie tu z okazji sabatu?

-Sabatu?! Nie... chyba nie, ale chêtnie dowiemy siê nieco wiêcej... Yiffi?
Kotka nadal demonstracyjnie ignorowa┬│a tocz┬▒cy si├¬ dialog, kontempluj┬▒c ptaka, który wierci┬│ si├¬ rado┬Ânie na ga┬│├¬zi czere┬Âni.
-Nic nie wiedz┬▒ - m├¬┬┐czyzna z fajk┬▒ spowa┬┐nia┬│ - wybaczcie nam prosz├¬, ale musimy si├¬ chwil├¬ naradzi├Ž, co powiedziawszy odci┬▒gn┬▒┬│ za r├¬kaw swojego towarzysza, który najwyra┬╝niej szykowa┬│ si├¬, aby zagadn┬▒├Ž Yiffi. Ten u┬Âmiechn┬▒┬│ si├¬ przepraszaj┬▒co i pod┬▒┬┐y┬│ za przyjacielem. Kilka metrów dalej zacz├¬li o┬┐ywiona rozmow├¬, popatruj┬▒c na Kaprikorna i Yiffi.
-Hej, co siê boczysz? - Kaprikorn przysiad³ obok kotki na trawie.
-Mam z┬│e przeczucia, jakie┬ niejasne, ale z┬│e, nie, to nie o nich chodzi, ci dwaj s┬▒ niegro┬╝ni, ale tam, w Dalkeith... nie powinni┬Âmy tam i┬Â├Ž - wymrucza┬│a Yiffi zatroskanym tonem.
-Postanowione - idziecie z nami do Dalkeith oznajmi┬│ rado┬Ânie m├¬┬┐czyzna z plecakiem, staj┬▒c przed nimi. -Ty im wszystko opowiedz.
-Hm, hm - jego towarzysz pu┬Âci┬│ kó┬│ko z fajki i rozsiad┬│ si├¬ na pokrytym mchem przewróconym pniu wierzby, z której wyrasta┬│y wci┬▒┬┐ zielone ga┬│┬▒zki.
-Uznali┬Âmy, ┬┐e gospodarze dworu w Dalkeith nie b├¬d┬▒ mieli nic przeciwko dwójce nadprogramowych go┬Âci...
-Zw┬│aszcza tak niezwyk┬│ych go┬Âci - wtr┬▒ci┬│ natychmiast ten z plecakiem - patrz┬▒c wci┬▒┬┐ ┬│akomym wzrokiem na kotk├¬, która znów skupi┬│a si├¬ na ptaku trzepocz┬▒cym si├¬ w┬Âród ga┬│├¬zi. Zdawa┬│a si├¬ koncentrowa├Ž ca┬│kowicie na obserwowaniu jego popisów, ale Kaprikorn wiedzia┬│ doskonale, ┬┐e ┬┐adne z wypowiadanych s┬│ów nie uchodzi jej uwagi.
-Spotkacie tam wielu niezwyk┬│ych go┬Âci - kontynuowa┬│ m├¬┬┐czyzna z fajk┬▒ - w┬│a┬Âciwie s┬│owo „niezwykli" w nieznacznym tylko stopniu oddaje to, co sob┬▒ reprezentuj┬▒ - doda┬│ z u┬Âmiechem.
-Czy ja dobrze s┬│ysza┬│em - sabat? Idziecie na sabat? - dopytywa┬│ Kaprikorn.
-Ach tak, tak, brzmi upiornie prawda? Chodzi o Mabon, o jesienne przesilenie, do┬┐ynki, zwijcie to jak chcecie - nasi gospodarze organizuj┬▒ z tej okazji wielki bal, wielki i doprawdy... niezwyk┬│y.
-Z przepysznym domowym piwem - rozmarzy³ siê ten z plecakiem.
-Ach, kucharzy maj┬▒ ┬Âwietnych - doda┬│ ten z fajk┬▒.
-I bedzie zbieranie zió┬│...
-I wielka uczta ┬┐eby godnie po┬┐egna├Ž lato...
-I doskona┬│a whisky...
-Piêkne kobiety...
-Przystojni mê¿czy¼ni...
-I pie┬Âni i ta├▒ce...
-I sporo poezji...
-I pewnie troch├¬ czarów jak zwykle...
-Ciii, nie psuj go┬Âciom niespodzianki - roze┬Âmiali si├¬ obaj.
-Chod┬╝my, juz pó┬╝ne popo┬│udnie, jeszcze dobra godzina marszu przed nami - a spó┬╝ni├Ž si├¬ nie wypada. M├¬┬┐czyzna z fajk┬▒ zarzuci┬│ na rami├¬ niewielk┬▒ podró┬┐n┬▒ torb├¬ i obejrza┬│ si├¬ na Kaprikorna i Yiffi.
-W drog├¬ - zarz┬▒dzi┬│ - i ruszy┬│ ostro ┬Âcie┬┐k┬▒ nie ogl┬▒daj┬▒c si├¬ d┬│u┬┐ej na towarzyszy.
-Chod┬╝my wi├¬c na spotkanie nowej przygody - zawo┬│a┬│ Kaprikorn ze ┬Âmiechem. Yiffi bez s┬│owa ruszy┬│a za nimi.

Mniej wi├¬cej godzin├¬ pó┬╝niej stan├¬li przed okaza┬│ym zbudowanym z piaskowca, dwuskrzyd┬│owym pa┬│acem w Dalkeith. Na podje┬╝dzie i schodach kr├¬ci┬│o si├¬ kilkana┬Âcie osób, ubranych w bardziej lub mniej eleganckie stroje z ró┬┐nych epok, romantyczne suknie obok barokowych krynolin, adamaszki, weneckie maski, meloniki, szapoklaki, peruki, chlamidy, himationy, laseczki, szpady, r├¬kawiczki...
-Jak ja wygl┬▒dam - zreflektowa┬│ sie nagle Kaprikorn.
-Nie martw si├¬ m┬│odzie├▒cze, zaraz ci co┬ zorganizujemy - m├¬┬┐czyzna z plecakiem poklepa┬│ go uspokajaj┬▒co po ramieniu.
-No to idziemy - raz kozie ┬Âmier├Ž - Kaprikorn u┬Âmiechn┬▒┬│ si├¬ do Yiffi. -Zobaczmy co za niespodzianki nam szykuj┬▒.
-B├¬d├¬ kr├¬ci├Ž si├¬ w pobli┬┐u - mrukn├¬┬│a kotka. -Chwilowo nie mam ochoty by├Ž w centrum zainteresowania.
Wiedzia┬│, ┬┐e nie ma sensu dyskutowa├Ž. Skin┬▒┬│ g┬│ow┬▒ i ruszy┬│ w stron├¬ szerokich schodów, z których macha┬│ do niego m├¬┬┐czyzna z fajk┬▒.

Kiedy wchodzi┬│ na pierwszy stopie├▒ poczu┬│ uk┬│ucie niepokoju.

c.d.n.